0%

Szeryf na drodze Zwyczajny dzień za kierownicą

0

Nie wiem dlaczego, ale zwyczajny człowiek po wejściu do samochodu i złapaniu za kierownicę potrafi zmienić się nie do poznania. Niekoniecznie na korzyść. Do tej pory śmiałem się z tego stereotypu, ale w ostatni piątek z wielką mocą uświadomiłem sobie, że i ja nie jestem od tego wolny. No bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że wchodząc w rolę kierowcy przekształcam się we wszechwiedzącego, nieomylnego szeryfa dróg? Jestem w stanie dostrzec i wytknąć nieprawidłowe zachowanie każdego kierowcy w promieniu 100 metrów. Sam oczywiście jestem nieskalany i nieomylny. Prowadzę pewnie, bezpiecznie i zgodnie z przepisami. No ideał po prostu.

Wielki brat patrzy

Mój zmysł wzroku i słuchu wyostrza się, jakbym ruszał na wojnę. Obserwuję kilka samochodów przede mną, uważnie spoglądam w lusterka, kątem oka dostrzegam najmniejszy ruch, a ucho jest w stanie wyłapać najsłabszy nawet dźwięk. Widzę wszystko i słyszę wszystko. Przy czym odbieram jedynie te sygnały, które oznaczają, że ktoś zachował się na drodze nie tak, jak powinien. A to przejechał za szybko przez skrzyżowanie, a to nie przepuścił pieszego, a to zmienił pas bez sygnalizowania manewru albo zaspał na światłach. Przykłady można mnożyć bez końca, a kreatywność ludzka w popełnianiu błędów jest imponująca.

Obserwacja to jedna strona medalu. Równie istotna jest bowiem moja na to reakcja. Pal licho, jeśli ograniczam się do słownego wyrażenia mojej dezaprobaty dla takich zachowań. Nierzadko bowiem posługuję się słowami, które kulturalnemu człowiekowi nie przystoją. Z niewytłumaczalnego powodu, każde takie zachowanie na drodze traktuję osobiście. Jakby wszyscy kierowcy wokół uparli się, żeby irytować mnie swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Jakby chcieli sprawdzić, ile jestem w stanie znieść.

Uwaga – kojot na horyzoncie

Słowa to jedno, ale czasem szeryf przejmuje władzę. Z czym się to wiąże? Proszę bardzo, oto przykład. Jadę dwupasmową drogą wylotową z miasta. Jest piątkowe popołudnie, a więc ruch na obu pasach spory. Jadę z prędkością dostosowaną do jadącego przede mną i spokojnie mijam auta jadące wolniejszym pasem. W lusterku dostrzegam w pewnym momencie kojota* (kojot – drapieżny ssak z rodziny psowatych, tutaj kierowca, którego jedynym celem na drodze jest wyprzedzenie innych użytkowników drogi). Łatwo go rozpoznać, bowiem potrafi on w ciągu trzydziestu sekund cztery razy zmienić pas ruchu. Wszystko po to, aby znaleźć najdogodniejszą okazję do wyprzedzenia innych.

Kojot jest w stanie wyprzedzić na trzeciego, jeśli tylko uzna, że zaoszczędzi dzięki temu minutę. Wyprzedza nawet wówczas, jeśli za czterysta metrów będzie zjeżdżał w boczną drogę. Nic nie irytuje go tak bardzo, jak konieczność dostosowania prędkości do sytuacji na drodze. On ma swoje standardy. Sam wie lepiej, jak szybko można w danym momencie jechać. Branie pod uwagę tak nieistotnych czynników, jak natężenie ruchu, warunków pogodowych albo ograniczenia prędkości jest poniżej jego godności. Plamą na honorze.

Dlatego jeśli nie może o własnych siłach cię wyprzedzić, zbliży się do twojego auta tak bardzo, jak to tylko możliwe i będzie ci jechał na zderzaku tak długo, aż ustąpisz mu miejsca. Jeśli tego nie zrobisz, odpowiednio szybko będzie ci mrugał długimi światłami, włączał lewy kierunkowskaz albo wymachiwał rękami. Czasem wszystko na raz.

Lekcja dobrych manier

Co ja w takiej sytuacji robię? Jadę z maksymalną dozwoloną prędkością i ani kilometr na godzinę szybciej. Najlepiej, jeśli na sąsiednim pasie jest akurat inny samochód. Wówczas dostosowuję prędkość do niego tak, aby kojot za mną nie miał możliwości przedarcia się do przodu. I jadę w ten sposób tak długo, jak się da, przez cały czas obserwując rosnącą irytację kojota za mną. Kiedy zaś w końcu mnie wyprzedza, a wiem, że robiąc, to spojrzy na mnie, obracam do niego głowę, uśmiecham się i macham mu wesoło ręką na do widzenia. Tego zazwyczaj jest już dla niego za wiele, więc wciska mocniej gaz, żeby pokazać mi, jak się powinno jechać i wyrywa do przodu. Ponieważ jednak ruch przez ten czas wcale się nie zmniejszył, sytuacja powtarza się po stu metrach i zaczyna siedzieć na zderzaku kolejnemu kierowcy.

Ja zaś w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, niczym ostatni sprawiedliwy odjeżdżający w stronę zachodzącego słońca, nie potrafię powstrzymać się od westchnięcia nad ułomnością tego świata.

Zdjęcie wykonane przez Jonathan Kos-Read.