0%

Opowieści wigilijne Historie (nie) z życia wzięte

0

Ileż ludzi, tyle historii. Lubię ich słuchać, ale jeszcze bardziej lubię je zapisywać. Tylko w ten sposób nie ulegną zatarciu i będę mógł do nich powracać, gdyż nigdy nie tracą na aktualności. Być może tutaj właśnie tkwi magia świąt?

Oczami dziecka

Białe święta były dla Karola niespełnionym marzeniem. Opowieścią przekazywaną z pokolenia na pokolenie. Z wypiekami na twarzy wsłuchiwał się w słowa wypowiadane przez rodziców i dziadków, ale nie mógł sobie do końca ich wyobrazić. Odkąd bowiem pamiętał, grudniowe dni kończyły, się za nim na dobre się zaczynały i w niczym nie przypominały bajkowych, śnieżnych krain. Co roku miał nadzieję, że tym razem to wszystko okaże się prawdą. Nie chciał żadnego innego prezentu. Nawet najbardziej wyszukane podarki bledły przy tym jednym, niespełnionym pragnieniu i okazywały się rozczarowaniem. Im był starszy, tym jego nadzieja traciła na sile. Miał coraz mniej powodów, aby sądzić, że tym razem będzie inaczej.

Obudził się rano i nie mógł uwierzyć własnym oczom. Świat za oknem w niczym nie przypominał tego, który zapamiętał, kładąc się spać. Nie było już szarości w tysiącu brudnych odcieni. Zamiast nich pojawiła się skrząca się w słońcu biel. Płatki śniegu dokładnie pokryły świat miękką kołderką, a zawieszone nisko nad horyzontem słońce, tworzyło olśniewającą feerię świateł i iskier. Zaparło mu dech w piersi. Bał się zamknąć oczy choćby na ułamek sekundy, bojąc się, że to tylko teatr wyobraźni, sen i ułuda, która zniknie, jeśli wykona najmniejszy ruch.

Im dłużej jednak przyglądał się temu zjawisku, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że to wszystko jest prawdą. W końcu uwierzył.

Świąteczna gorączka

– Znów z niczym nie zdążę! – to jedyne o czym był w stanie myśleć stojąc w korku przed wjazdem na parking do monstrualnej galerii handlowej.

– Czy naprawdę Ci wszyscy ludzie muszą być akurat w tym samym miejscu? Czy nikt nie mógł załatwić zakupów w nieco innym czasie? – jego myśli stawały się coraz bardziej naiwne i rozpaczliwe.

W głębi duszy wiedział, że jedynym marketingowym hasłem, jakie powinno się znajdować nad wejściem do tych babilońskich przybytków handlu i konsumpcjonizmu powinno być „Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”.

Sam nie wiedział, kiedy sam dołączył do „wszystkich ludzi”, ale stało się to pewnie w tym samym momencie, kiedy po raz pierwszy ustawił się w kolejce do urzędu skarbowego tuż przed upłynięciem terminu złożenia PIT. Zawsze drwił z tych nieudaczników, którzy zostawiali te formalności na ostatnią chwilę, a potem byli zaskoczeni, że czasu jest tak mało. Przysiągł sobie, że od teraz spojrzy na nich łaskawszym okiem. Jeśli tylko zdoła znaleźć miejsce na tym cholernym parkingu.

Spokojnie, to tylko życie

Nie wiedziała, na czym to polegało, ale czuła się nie na miejscu. Towarzyszyło jej to uczucie niemal na co dzień i odnosiło się do najróżniejszych obszarów życia. Będąc w pracy, zastanawiała się, jakby to było, gdyby zajmowała się czymś innym. Czytając książkę, nie mogła się skupić, bo po głowie krążyły jej myśli, że ma jeszcze ten film do obejrzenia. Wyjeżdżając na wakacje, nie mogła się w pełni rozluźnić i odetchnąć z ulgą, bo nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie odpoczywa wystarczająco efektywnie, nie bawi się tak dobrze, jak powinna się bawić.

Kiedyś przyszła jej do głowy pewna myśl – za mało życia w życiu. Spodobała się jej. Idealnie oddawała jej stan świadomości.

Spędzając po raz kolejny święta w pracy, obserwując kolejne osoby pragnące być w tym momencie we własnym domu, a nie siedzieć naprzeciwko niej, uświadomiła sobie, że ona czuje dokładnie to samo.

Ona też chce być zupełnie gdzie indziej. Gdzieś musi być przecież miejsce, nawet pozornie obce i dalekie, które w rzeczywistości jest bliższe niż cokolwiek innego. Gdzie są ludzie patrzący na świat w podobny sposób, ceniący te same książki i śmiejący się z tych samych żartów.

Może to i złudna nadzieja, uczucie nie z tego świata. Przecież najkrótsze dni w roku, to czas magii. Czas cudów. Boże Narodzenie to podobno czas nadziei. Nowego początku. Szansy na odmianę swojego życia, bez względu na to, na czym ta zmiana miałaby polegać. Przecież w życiu musi być coś więcej niż nieustanne uczucie niedosytu.

Wzięła telefon i zaczęła pisać wiadomość. Nadszedł czas na zmiany.

Do siego roku

Jeśli czegoś w życiu naprawdę się obawiał, to tego jednego pytania, którego zadanie przybliżało się z każdym dniem. Im bliżej było do Świąt, tym donośniej rozbrzmiewało w jego głowie. Nie dawało się zagłuszyć pracą, muzyką, kinem ani dwunastoletnią whisky. Dobrze pamiętał ten dzień w ubiegłym roku, kiedy słowa te w końcu padły.

– To, co, przyjedziecie w tym roku do nas na Święta?

Oblał się zimnym potem, by po chwili osłabnąć niczym od wysokiej gorączki. W gardle pojawiała się suchość, a przygotowywane od wielu tygodni argumenty i zdania, rozpłynęły się w powietrzu niczym poranna mgła. Pustka i cisza. To jedyne, co pozostało w jego głowie. W końcu ostatkiem sił zdołał wyrzucić z siebie pospieszne słowa usprawiedliwienia, że ma dużo pracy, że korki na drodze, ta pogoda tak niepewna, jest przemęczony i lepiej będzie na spokojnie się zobaczyć, jak tylko złapie trochę oddechu. Może po nowym roku?

Starał się już nie słyszeć namacalnego wręcz rozczarowania po drugiej stronie słuchawki. Tłuczone nadzieje i łamiące się serce było ostatnim, nad czym miał ochotę się zastanawiać.

Tym razem było podobnie. Nim zdołał się obejrzeć, nastała połowa grudnia i od dawna milczący telefon rozbłysnął napisem „Dom”. Westchnął głęboko i odebrał.

Przyjedź. Tato umarł.

Puste nakrycie

Jeszcze pamiętała dom wypełniony radosnym gwarem. Może i było to męczące i przyprawiało na dłuższą metę o ból głowy, ale wiele oddałaby, aby zagłuszyć choć przez chwilę tę dudniącą w uszach ciszę. Gdzie podziali się Ci wszyscy ludzie? Gdzie są jej najbliżsi? Gdzie rodzeństwo, gdzie czwórka jej dzieci, ich dzieci i dzieci ich dzieci? Wiedziała, że każde z nich ma swoje życie. Bliżej lub dalej od niej. Znała każde usprawiedliwienie i każdą wymówkę, którą słyszała, pytając o plany na Święta. Dlatego przestała już pytać. Wolała oszczędzić sobie bólu i rozczarowania.

Nawet puste nakrycie zostawiała już tylko z przyzwyczajenia. Od dawna nikt nie dzwonił, zapowiadając się z wizytą, nie mówiąc już o pukaniu do drzwi. Była jednak wierna tradycji. Czasem miała wrażenie, że tylko to jej zostawało. I tylko pamięć o wszystkich dobrych chwilach w jej życiu, radosnych momentach, wspomnieniach ciepłej atmosfery przy świątecznym stole sprawiała, że nie pogrążała się w rozpaczy.

Na białym obrusie ustawiła porcelanową zastawę, wysłużone, ale wciąż eleganckie sztućce, nałożyła uszek z grzybami i nalała barszczu w kolorze intensywnego burgundu. Po niewielkim pokoju rozświetlonym blaskiem choinki i samotnej świecy rozszedł się oszałamiający zapach.

Przeżegnała się, uśmiechnęła gorzko do siebie i sięgnęła po łyżkę. W tej chwili rozległ się dzwonek u drzwi. Westchnęła głęboko.

 

Zdjęcie główne – Josh Boot